2005-11-05 21:06:08 >> Ballada O Narkomanie... Bardzo Piękne...![]() BALLADA O NARKOMANIE To było zwykle popołudnie w niedziele Wysiadłam na stacjii PKP przy kościele I szłam do domu bardzo wolnym krokiem I szukałam kogoś moim znudzonym wzrokiem Nagle zobaczyłam z daleka człowieka Który tak jak ja, nie wie na co czeka I nie wiem dlaczego podeszłam do niego I zaśmiałam się głośno- chociaż nie wiem z czego... Miałeś szare dżinsy i płaszcz niedopasowany I byłeś taki smutny...taki niekochany I zrozumiałam, że zrobiłam coś bardzo głupiego Bo ty cierpiałeś, a ja śmiałam się z tego Nie wiedziałam jak przeprosić Więc usiadłam obok ciebie I przeczytałam tabliczkę mówiącą samą za siebie Miałeś 25 lat i na AIDS byłeś chory Odkąd się dowiedziałeś zaczęły się twoje horrory Rodzina cie wyrzuciła i nikt nie chciał cie już znać A ty na dobór złego- nadal musiałeś brać... Więcej nic nie pisało- zbierałeś na życie Chociaż widać było, że o śmierci marzyłeś skrycie Podniosłeś nagle na mnie swe oczy zamglone Tak smutne jakby na tamten świat były już zwrócone "Nie boisz się koło mnie siedzieć?"- zapytałeś A głos miałeś taki słodki, tak ładnie wyglądałeś A ja patrzyłam dziecinnie, nieśmiało... I zapytałam: "Jak do tego doszło? Co się z tobą stało...?" A wtedy wszysko mi opowiedziałeś Miałeś na imie Marcin- bo tak sie przedstawiłeś Oczy czarne, cere ciemną- ślicznie wyglądałeś Pochodziłeś z domu bardzo zamożnego I wszystko zaczęło się właśnie od tego Miałeś dziewczynę, która cię bardzo kochała Ale też odeszła gdy się dowiedziała Inni tzw. "przyjaciele" których miałeś niestety zbyt wiele Z pieniędzy twoich korzystali i prochy ci sprzedawali A ty brałeś choć wcale nie chciałeś tego Myślałeś wtedy że uznają cie za fajnego Aż raz na imprezie, z dala od rodziny Obchodziłeś swoje 18-ste urodziny Morze alkoholu, prochy, bal do rana Impreza trwała długo i była udana Lecz ty zbyt mocno komuś zaufałeś i używaną igłe sobie w żyłe dałeś Nie pamiętasz nawet jak doszło do tego Dopóki nie dowiedziałeś się od niego Badania lekarskie, które wykonałeś Potwierdziły obawy- też już chorowałeś Resztę też już znałeś Lecz gdy skończyłeś ja już się nie śmiałam Wpatrzona jak w posąg słowa na papierze Płakałam jak dziecko, tak głośno, tak szczerze... A ty spojrzałeś na mnie z taką wrażliwością I wszyskie me problemy stały się nicością I powiedziałeś: "Mała dlaczego płaczesz"- nie żałuj łajdaka Pamiętaj tylko jedno- sama nie bądź taka! Korzystaj z życia bo tak krótko trwa A wierz mi, że nikt nie wie tego tak dobrze jak ja A ja spojrzałam na ciebie poprzez łzy I cicho zapytałam: "Dlaczego właśnie ty?" A ty odpowiedziałeś: "Mała wiele szans miałem i każdą zmarnowałem Wiele obiecywałem i nigdy nie spełniałem Jestem śmieciem i na dnie kosza leżę Jestem gorszy niż te słowa na papierze One nie budzą aż takiej odrazy A ja wstydzę się pokazać twarzy" Potem szybko urwałeś-nic więcej mówić nie chciałeś I właśnie podjechał pociąg z Warszawy Jechał gdzieś z ósemki- chyba na Puławy I ruszył gdy ty nagle wstałeś I niczym ptak w przestworza wzleciałeś I wchodząc na tory krzyczałeś z daleka " MAŁA, KOCHAM SMIERC BO TYLKO ONA NA MNIE CZEKA "
skomentuj (0) |
|
|||||||